Neptun – Saturn, czyli kąpiel w studni. Wizja kontra rozsądek. Sentymenty kontra argumenty. itd.
Takie wizje znajdują się pod “opieką” Neptuna i Ryb. W moim przypadku Neptun właśnie tranzytuje Saturna koniunkcją w znaku Ryb z sekstylem do Księżyca w Byku i Ceres w Strzelcu, z opozycją do Urana z Plutonem w Pannie i trygonem do północnego węzła księżycowego w Raku. Dodatkowo Neptun i Saturn, tworzą również opozycję do mojego progresywnego Słońca w znaku Lwa, które podpiera się aspektami trygonów Księżyca, Wenus, Ceres i węzła południowego.
Lew od zawsze kojarzył mi się ze “Złotą erą”. Podobnie jak Saturn. Moje progresywne Słońce jest w dobrych aspektach z Księżycem, Wenus, Ceres i węzłem zstępującym, tworząc luźną koniunkcję z Uranem w domu jedenastym. Co jak mniemam może uczynić mnie w połączeniu z tą koniunkcją w znaku Ryb; ofiarą losu, samozwańczym mesjaszem, geniuszem, albo głupcem. Wszystko zależy od tego energia której z planet będzie dla mnie ważniejsza i zdominuje pozostałe. Albo z którą sobie poradzę, bądź nie poradzę. Słońce i Uran, czy Neptun i Saturn? Oto jest pytanie. W odpowiedzi słyszę; – nie musisz wybierać. Wszystko jest dobrze, chodzi o twórczego bakcyla, o inspirację i równowagę. I na tym opiera się istota mojej pracy z astrologią, czy z kartami. Nie na z góry przewidzianym wyniku, na cudzie nieomylności, na robieniu wrażenia, wróżeniu i pewniaku, ale na proroctwie dającym możliwości w obrębie konkretnego planu działania. Świadomego planu.
Nie sprawa to planet, mocy czy żywiołów, lecz twa wolna wola, zrobi z ciebie szaleńca, boga i potwora.
Ale czy głupiec i geniusz, to nie to samo ? Geniusz żeby mógł być genialny, musi wpierw stać się szalony. Innej drogi nie widzę. Jeszcze w życiu nie spotkałam się z geniuszem pod rządami Saturna. Wystarczy zajrzeć do wąskiej studni, potem wnieść do niej ptaka w klatce, a na samym dnie go wypuścić, żeby sobie skrzydełka rozprostował. Na pewno nasz ptaszek daleko nie zaleci. Prędzej skrzydła połamie. Chyba, że będzie to magiczny ptak o napędzie rakietowym. Może wtedy rozsadzi studnię i uda mu się z niej wydostać. Ale do tego właśnie potrzebne mu energie Urana.
Czyżby przebłysk geniuszu, nie z tego świata, progresywne Słońce, tranzytujący Księżyc i koniunkcja do Urana w moim domu jedenastym? Sen to był, czy jawa była ? Możliwe i całkiem prawdopodobne, że nie tylko sen szalonego fantasty, a jakaś forma genialnego snu na jawie …
W noc poprzedzającą trzęsienie ziemi w Hiszpanii, Księżyc tranzytował przez znak Panny, przechodząc kolejno – nad moim Plutonem i Uranem tworząc opozycję do koniunkcji Neptuna z Saturnem w Rybach. Nad ranem, dokładnie 11 maja, przyśniło mi się niezwykle piękne miasto, złote miasto i niezwykła społeczność. We śnie przeniosłam się do starożytnego Egiptu, a może to była Atlantyda, albo Lemuria … Neptuniczny miraż z “innego świata”, za to bardzo solidnie zaprezentowany przez konkretnego Saturna.
Śnienie innego świata, bardzo realistyczne śnienie, zupełnie jak wycieczka do odmiennego kulturowo kraju, brakowało mi tylko aparatu fotograficznego. Przyglądałam się wszystkiemu w okół bardzo uważnie. Nie wiem kim byłam we śnie, ale wiem, że przygotowywałam grupę dziewczynek do wielkiego święta. Śniło mi się przepiękne miasto o niespotykanej architekturze. Budynki częściowo ozdobione złotem lśniły w słońcu i błyszczały pokryte jakimś perłowym tworzywem. Ludzie mieli jasne karnacje i kruczoczarne włosy. Uczestniczyłam w czymś w rodzaju ceremonii na część boga odrodzenia. Przygotowywałam dziewczynki w wieku około 8 lat do wielkiego święta i uroczystości ku czci tego boga. Były ubrane w białe sukienki, jakby z mocno nakrochmalonych koronkowych bandaży, czy wstążek, u dołu zamieniających się w spiralne spódnice. Ładne były to sukienki i oryginalne, od szyi do pasa mocno dopasowane. Spoglądając na moje podopieczne, przyszła mi do głowy myśl, że potem ludzie zaczęli naśladować święto odrodzenia, mumifikując zwłoki w nadziei na ich odrodzenie, co było dla mnie bezsensownym zabiegiem.
Na placu sporej wielkości zebrały się tłumy ludzi ubranych na biało i biało-złoto w różnym wieku, ale nie starszych na oko niż 35 lat. W tłumie było kilku mężczyzn i kilka kobiet, wyróżniających się z ogółu. Domyślałam się, że sprawowali funkcje kogoś w rodzaju, kapłanów i kapłanek. Kobiety miały białe proste suknie do ziemi, zaś mężczyźni równie długie i białe szaty, ale z szerokimi złotymi pasami wzdłuż, coś jak stuła księży, tyle że cała szata była pokryta takimi “stułami” ze złotych pasów, od góry do dołu. Gdy mężczyzna unosił ręce jego strój faktycznie mógł przypominać słońce z promieniami.
Miasto w którym byłam, trochę przypominało egipskie ruiny, ale bardziej meksykańskie miasto Tulum, w którym miałam przyjemność być kilkakrotnie trzy lata temu. Miasto we śnie było nadzwyczaj piękną i nowoczesną aglomeracją. Obok świętujących ludzi, to znaczy biorących udział w ceremonii, przechadzali się zwyczajni ludzie – cywile, coś jedli, rozmawiali z sobą. Ich ubrania były zupełnie inne niż te które znam z poza snu. Mieli na sobie bardzo dopasowane koszulki i spodnie, jakby zrośnięte ze skórą. Bardziej przypominały umalowane ciało niż ubranie. Większość ludzi w tłumie miała ściśle przylegające kolorowe koszulki z rękawkami i spodnie do kolan, podobne do leginsów. Trudno mi było orzec, czy to było ubranie, czy ciało ?
Święto odbywało się bez składania jakichkolwiek ofiar z ludzi czy zwięrząt. Wiem to z całą pewnością. We śnie czuje się takie sprawy. Było to szczęśliwe i bezpieczne społeczeństwo, ludzi beztroskich, pogodnych i życzliwych, z bardzo nowocześnie rozwiniętą architekturą pięknych miast. Akcesoriów współczesnej techniki nie dostrzegłam ( a szkoda).
Czyżby przyśniła mi się jakaś mityczna Atlantyda, może Lemuria i jej złoty wiek przed zagładą?
Piękny to był senny obraz, w dodatku, bardzo, ale to bardzo realistyczny jak ten obok, na wyciągnięcie ręki.
Zebrani na palcu ludzie głośno i dźwięcznie śpiewali swojemu i chyba mojemu też bogowi. Czułam się dobrze z nimi i wiedziałam, że tego boga nikt się tam nie boi, i że ten bóg zarazem jest, i nie jest bogiem, a święto nie jest jego adoracją, a służy czemuś zupełnie innemu. Jakby bardziej było manifestem i festynem radości, czy połączeniem świeckości i sakralności. Dobre to było miejsce. I tylko momentami nachodziła mnie przygnębiająca myśl;
- Że trochę to wszystko podobne to tego co znam na jawie, tyle, że to moje na jawie, poza tym snem i tą społecznością, było zaledwie marną atrapą, podróbką tego w czym własnie uczestniczę. Przerażała mnie myśl, że, ot tak – przepadło na wieki, coś tak wielkiego i tak pięknego jak cywilizacja którą oglądam.
Jakaś kobieta obok mnie stojąca ( twarzy nie widziałam), chyba przewodnik we śnie, powiedziała żebym się nie martwiła, bo to nadal istnieje, zapisane w jakiś niezniszczalnych kronikach i ona właśnie mi je pokazuje. Spoglądając w ten senny obraz mitycznego społeczeństwa, państwa, porównywałam je z obecnymi religiami. Podobieństwem które dostrzegłam, były owe złote pasy ( stuły) na szatach kapłanów, odrobinę kojarzące mi się ze stułami księży i podniosłe śpiewy. Tyle, że złote “promienie” na ubraniach mężczyzn, kapłanów nie posiadały żadnych znaków przynależności religijnej – były zupełnie gładkie, a śpiewy były bardziej świeckie i radośniejsze, a tylko momentami podobne do religijnych. I brak włosów na głowie kapłanów podobnie jak u buddyjskich mnichów. I tyle podobieństw.
Innymi symbolami które udało mi się dostrzec podczas tej sennej uroczystości, były śnieżnobiałe spiralne spódniczki dziewczynek o kruczoczarnych włosach, długich i kręconych. Nie miały wianków na głowie, a kwiaty w rękach. Niektórzy z ludzi nie mieli nakryć głowy, ani włosów. Właściwie trudno było rozróżnić, kto jest kim; kobietą czy mężczyzną. Najpierw zdawało mi się, że w tej społeczności są same kobiety i zaledwie kilku mężczyzn, a potem, że trudno mi odróżnić kto jest kim. Pomimo różnic w kolorze stroju “kapłanów i kapłanek”
“Sen mara, bóg wiara”, tak lubiła mawiać moja babcia, gdy mi się co złego śniło. Ale to był piękny sen. Sen o złotych miastach i nieistniejących cywilizacjach.
Mocno poruszył mnie swoim autentyzmem. Szkoda, że w tę podróż nie mogłam zabrać ze sobą aparatu i zrobić chociaż jednego, jedynego zdjęcia na pamiątkę.
A tak na marginesie.
Inną prawdą, czy może jeszcze nadal spekulacją podlegającą różnym dyskusjom, jest to, że właśnie, na półwysep Jukatański tysiące lat temu spadł gigantycznych rozmiarów meteoryt, a uderzając o ziemię zmienił jej klimat o 180 stopni, i doprowadził do wymarcia dinozaurów.
Lecz czy aby na pewno tylko dinozaurów ?
@@@@
Z ostatniej chwili-dopisek.
Kto szuka znajduje. Cytat wzięty z jednego z portali o starożytnych misteriach, ciekawa synchroniczność;
Lemurie - Rzymskie święto obchodzone nocą 9, 11 i 13 maja, mające odstraszyć złe duchy – Lemury. W czasie święta wszystkie świątynie były zamknięte.(dopisek z dziś – 13.V).
Są takie sny, które wkradają się do naszych umysłów i już nie dają o sobie zapomnieć. Niby sny to zwyczajnie i mrzonki jakieś, a w duchu przekonanie o ich autentyczności, które nie daje się wrzucić do worka z symbolami. W zasadzie powinnam do tego snu podejść naukowo, jak Freud czy Jung, odczytać, rozłożyć na symbole. Ale ja tego nie zrobię, bo jestem przekonana, że sen ten poza treścią symboliczną, nie koniecznie musiał być wyłącznie opowieścią o tęsknotach duszy. A wręcz odwrotnie sądzę że mógł być autentycznym przeniesieniem mojej jaźni, czy też duszy do innej czaso-przestrzeni. Mojej przestrzeni. A może do świata równolegle istniejącej rzeczywistości ?Kto wie czy nie był wspomnieniem życia, przed życiem, albo wizją przyszłego życia po życiu. Może był wypartym, aż do dna duszy, zapuszkowanym gdzieś hermetycznie wspomnieniem, pilnie strzeżonym przed wścibskim okiem tej nowej mnie. Świadomości, surowej i nieociosanej, którą stałam się wkraczając w objęcia nowego życia i ciała. Może, wszystko jest jak ono, m o rz e. Senem Neptunicznym. Jedynie snem, nieuchwytnym jak woda. Kto się w niej choć z raz nie przytopił, albo z nią nie wyparował, na próżno, żeby się w tym tekście sensu doszukiwał, o snach nie wspominając.
( tekst zaktualizowany 13 w piątek. Wersja końcowa poprawiona)
















Taslimus
The Black Ibis Tarot

Nie uwierzysz!!! Ale ja śniłam wtedy jeden z najdziwniejszych snów w swoim życiu i wciąż go mam przed oczami! W żaden sposób nie umiem go zapomnieć! Tym bardziej, że był to pierwszy sen chyba od roku, który zapamiętałam i jest powiązany mniej więcej na upartego z tym Twoim snem…
Najgorsze, że nie mam go gdzie ani komu opisać, bo ja dalej nie utrzymuję z nikim żadnych kontaktów! Howgh! /lol/ A na snach się w ogóle nie znam, ale ten mnie męczy… Dział się wewnątrz jakiejś środkowo albo południowoamerykańskiej piramidy, gdzie rozmawiała ze mną pewna Indianka i powiedziała mi takie newsy, że szok!!!
PS. Natomiast teraz się obudziłam (Bóg wie jeden po co), otworzyłam laptopa i w poczcie zaczęły mi spływać linki do tych Twoich dwóch postów:)
Uwierzę ! Czemu by nie? Ja ostatnio gdzieś cię zgubiłam. Pojawiasz mi się i znikasz. Ot kobieta intrygująca
Jak nie masz gdzie napisać , napisz tu. Podpiszemy twoim loginem. Takiego typu sny, o innych cywilizacjach, a nawet światach zaawansowanych technologii pojawiają się u mnie z regularnością mniej więcej , co rok, kilka lat …. a czasem co kilka miesięcy. Ciekawe że przedtem nie mam żadnych nastrojów typu science – fiction …
Wychodzę z podziemia. Założyłam nowego bloga:]
Tu masz link do tego snu:
http://babiego-lata.blogspot.com/2011/05/indianski-sen_13.html
PS. Ja Cię nie będę linkować, bo nie chcę …NIKOGO linkować. No!
Zalinkowałabym Ciebie, to innych też bym musiała:/
Nie ukrywam się z tym blogiem, ale on będzie bardzo… minimalistyczny;) O! Powiedzmy, że Zen rulez /lol/ i dlatego linki tam nie pasują:D
Om mani padme om
Szurnięta Gośka:P
Dobrze, rozumiem. Ale komentarz wrzucam, bo ciekawy link. Faktycznie, ze jest pewna zbieżność. Zważywszy ze ja przygotowywalam małe dziewczynki, podobnie wyglądające do twojej Indianki, do święta odrodzenia. Dokladnie nie wiem na czym ono moglo polegać , ale wiem na pewno, ze bylam odpowiedzialna za to jak one wypadną w związku z nim …
Nie ma sprawy:) Masz rację! Dla mnie ten mój sen też był formą odrodzenia. Pomógł mi! I to nawet pojęcia nie masz jak bardzo:)
Bladego pojęcia nie mam, czy w pradawnej Ameryce znane były Lemury. Pewnie tak, chociaż przypuszczam, że inaczej się nazywały, ale ta moja Indiańska Matka wypędziła ze mnie ich niezłe stadko! /lol/ Bo miałam zamiar popełnić (no dobra, zastanawiałam się nad popełnieniem) na następny dzień, czyli 10-go maja wielkie głupstwo. Indianka swą postawą przypomniała mi w samą porę, czym jest kobieca godność i szacunek dla samej siebie.
Była naga, “dzika” (w naszym pojęciu) a mimo to emanowała z niej taka szlachetność, że mogę określić ją jedynie Indiańską Damą, a raczej Indiańską Kapłanką…
Hm, piękne te nasze sny, prawda?:)
Nie tylko piękne, ale potrzebne. Widać “coś”, albo “ktoś” dba o nas
i jak już zupełnie tracimy głowy, interweniuje … Jestem pewna że wszystko jest ze sobą powiązane stąd nasze sny w jakiś sposób można połączyć, zważywszy na to że łączymy się ze sobą nie tyle materialnie i wprost, ale poprzez sieć. Czasami kontakty z ludźmi internetu, kojarzą mi się z duchowością i kontaktami z duchami. I tu i tam, nawiązujesz połączenie bez kontaktu fizycznego, nie wprost. Prawda że coś w tym jest
Czy nasi przodkowie gdyby ich za sprawą jakiegoś magicznego “wehikułu czasu” przenieść do naszych czasów, po powrocie do siebie, nie opowiadali by o nas, że widzieli “Społeczeństwo duchów”?
“Widziałem inny świat, świat ludzi duchów. Ludzie których spotkałem byli jak ja cieleśni, ale przerażający bo rozmawiali z duchami innych ludzi, za sprawą kolorowych, błyszczących i mówiących kamieni, rożnej wielkości, od bardzo małych, które przykładali sobie do ucha, aż po wielkie kamienie poustawiane w ich domostwach. Z tymi małymi nigdy się nie rozstawali. Jakby z duchami gadali, ale mówili, że to nie duchy z nimi rozmawiają i że to nie żadne czary, ani opętanie złymi mocami, tylko technika im na to pozwala. Nazywali to nowoczesnością. A jak dla mnie to szaleńcy ci gadali z duchami, bo nikogo nie widziałem obok nich, zupełnie jakby sami ze sobą gadali, o coś się spierali, z czegoś cieszyli, ale oni uparcie twierdzili, że rozmawiają z kimś kogo ja nie widzę. A ja nikogo nie widziałem, poza tym człowiekiem, co gadał z obrazkiem tamtego w magicznym kamieniu. Niektóre te obrazki to się nawet poruszały, jak nasze twarze w odbiciu wody. Ponoć ci ludzie byli prawdziwi, ale za daleko żeby ów człowiek mógł mi udowodnić, że istnieją na prawdę, albo zjeść z nami posiłek. Mieszkali w innej krainie, a nawet po drugiej stronie ziemi. Niesamowite bajki widziałem w tym widzeniu. ” Dziwny był to świat, jak sen dla mnie niepojęty.
Tak by rzekł o fejsbuku, nasz pra-pra przodek
Co trzeba zrobić by mieć prywatny horoskop?
Obliczyć samemu, albo skorzystać z pomocy astrologa.